Majówka 2016

BIKE CUP. Mahov (CZE) 30.04.2016.


Relacja z krótkiego maratonu na otwarcie sezonu. Dawno tylu przygód nie mieliśmy przed i w trakcie zawodów, głównie Iza, ja jakoś sobie radziłem, 5 razy pompowałem nieszczelną oponę


Bike Cup Machov oraz długi weekend majowy 2016
Wyczekiwany weekend oraz maraton w górach wreszcie nadszedł. Pełna gotowość, ubrania na dwie pory roku (bo to majówka, wiadomo), cały karton jedzenia (bo to majówka, wiadomo ;)) dobre humory i pełen zapał. Tak to wyglądało z mojej strony. Rzeczywistość w dniu maratonu już ciut inaczej. Nie to żebym się tłumaczyła przeziębieniem, dawną kontuzja (a parę ich było) itp wszystko było ok. Zawody rowerowe są wykładnią tak wielu czynników ale nigdy nie miałam tak, aby prawie wszystkie nagle nawaliły. Chciałam sprawdzić formę, którą robię na Trilogy zgodnie z lekturą. Nie jest za dobrze ale to już moja wina, a dokładnie wina mojej wagi ale to już inna historia. Zacznę od początku, czyli pierwszy dzień wyjazdu majówkowego czyli 30 kwietnia maraton Bike Cup. Pierwsza wtopa to: zapomniałam ustnika do bukłaka. ...Oczywiście jest to wina Kamila, który za dokładnie myje mi sprzęt i rozbiera go na części pierwsze. Jeszcze nikomu troszkę glonów nie zaszkodziło a przynajmniej nie zapominałam części bo ich nie zdejmowałam. No ale wyszło tak ze miałam czyściutki bezustnikowy bukłak. Już nie ważny brak, da się pić bez tego, pogodziłam się z tym i pojechaliśmy. Jedziemy, jedziemy, oczywiście nie poszło tak łatwo z dojazdem, Kamil już krzyczał że nie zdążymy i nagle przypomniałam sobie, iż nie wzięłam plecaka z kwatery. Kuźwa nie dość ze bez ustnika to w ogóle bez bukłaka, tylko z bidonikiem 0,5. No ale co zrobić, nie będziemy się cofać. Trzeba się napoić przed i na bufetach drinkować.

Rozgrzewka czyli jazda w kółko, 100 sików i na start. Dystans długi 61 km, około 1700 przewyższeń wiec spoko. Zaczęło się podjazdem na 8 km, stawka się ładnie rozjechała, tempo było super. Parę osób minęłam, jechało mi się bardzo fajnie, była zadowolona (nie to że jakoś szybko czy wyścigowo, po mojemu). Trasa łatwa, parę fajnych zjadów, nawet z kamieniami, singielek, szuterek. Miło. Jechałam z czeszką, która była na trasie krótkiej (35km) i na koniec mi uciekła. Drugi bufet był na mecie, przez która przejezdzaliśmy i robiliśmy ala kokardkę na trasie. Troszke z koleżanką mocno jechałam, ale było to zamierzone. Oczywiście potem za to musiałam zapłacić, ale to nieważne. W miedzy czasie koleżanka zaczęła finiszować a ja przed mostkiem podarłam spodnie o drzewo. Takie biodra ze się nie zmieściłam. Mała wyrwa, pół tyłka na wierzchu i jedziemy dalej. Druga pętla zaczyna się mega stronnym podjazdem i umieram. Jeszcze na początku próbuje ale nie daje rady, złamałam się psychicznie i zeszłam z roweru co zapoczątkowało wkurzenie. I potem już szło bardzo ciężko, oj bardzo. Czułam niemoc wielką i tempo strasznie spadło. Wyliczenia z pierwszej pętli szlak wziął. Jadę, umieram, jadę, bufet, umieram, jadę. Swoją drogą druga pętla była iście interwałowa co dało w tyłek. Zjeżdzam, fajny zjazd i jest fotograf, pozowanie i ……… gleba.

Dokładnie po pstryknięciu lecę na kamienie, zostawiam kolano, płaczę po cichu Emotikon wink i jadę dalej. Teraz wyglądam tak: dziura na biodrze, krew leje się po piszczelu i łokciu i jadę. Za chwilę czuje ze coś mnie z tyłu nosi. Coś ala kapeć i przypominam sobie ze zapomniałam plecaka w którym ……… miałam wszystko. Kurcze, sama niemal na drugiej pętli czy dojadę czy będę iść 10 km z buta. Jadę, buja, błagam aby się udało, jadę buja na maxa i w miedzy czasie zakleszcza się łańcuch. Nie wiem jak to zrobiłam ale z wkurzenia nie mogłam go wypłatać. Jakiś Czech pomaga, ale zapominam o napompowaniu. Jadę, widzę 5 km do mety, ledwo żyje, noga zalana, rękawiczka we krwi i powietrza prawie zero. Błagam nie wiem kogo aby jeszcze chwilkę, jeszcze chwilkę. Gdzie ta meta. Zjazd do miasta, jeszcze chwilka, buja na maxa, żeby obręczy nie popsuć. I nagle na asfalcie stop, spada opona. I koniec jazdy. Na szczęście na 1.5 km meta. Ide, potem już biegnę. Wpadam na metę. Okazuje się ze Kamil miał to samo. To nasze nowe opony. W ambulansie oczyścili nogę, kolano paskudnie się porwało. Głodna, zła, zmęczona na maxa idę na poczęstunek. To jest mocna strona czeskich imprez, pomysł z poczęstunkiem, jest napitek do wyboru oczywiście biorę najbardziej szlachetny izo z czech, jedzonko do wyboru z karty, chyba z 6 dań. Super. Z ścigania wyszła klapa po całości, trudno, nie pierwsza i nie ostatnia impreza. Czas zacząć weekend, ale o tym potem………….
Iza

-------

Dodam od siebie, że trasa nie była z tych epickich, coś jakby skrócony Złoty Stok, świetny na otwarcie sezonu, ale ciężko coś charakterystycznego zapamiętać na wieki, za wyjątkiem dużej ilości dziewczyn i to mocnych na trasie. Po rozmowie z Veną wyszło, że w tym Parku Narodowym nie da się nic więcej. Wrażenia z trasy... bardziej z oznakowania, które jest skromne, ale bardzo charakterystyczne, znane gigantyczne wytalkowane strzałki przed każdą zmianą kierunku/skręcie, ślepy by zauważył, do tego przy każdym punkcie z możliwością kolizji z samochodami zawsze byli stewardzi. Czekam na Trilogy i Harachov :)
ES




Komentarze