Beskidy MTB Trophy 2010

...pod znakiem literki "K" jak klocki 

Zacznę od tego że na trophy jechałem nastawiony walczyć (w kolejności) o przetrwanie do końca, o wynik na poziomie 60-ki i poprawę ubiegłorocznego wyniku. Strategia jest jechać równo wszystkie etapy, a jak się da to trzeci najmocniej. Wyjazd z zakorkowanej Warszawy po 16 i samotna wydłużająca się podróż. Pogoda dopisywała, dopiero kiedy na horyzoncie zaczęły pojawiać góry, krajobraz zaczynał się robić złowieszczy, mijając Ustroń i wjeżdżając na górskie drogi krajobraz robił się jak z dobrego dreszczowca. Chmury, mgła czym wyżej tym gorsza widoczność, uciekające zwierzaki z jezdni... brakowało małej postaci w podartych ciuchach na środku drogi :) Dojechałem na miejsce, a tu pustki. Loguję się w szkole i czekam na niewiadome dnia następnego.

DZIEŃ 1
Poranna pobudka o 6, świeży i wypoczęty na śniadanko, a pogoda nadal straszna, leje jak lało. Dziś niby tylko 40km, korci by pojechać mocno, szybko i zrobić super wynik, ale wyniki robi się na dłuższych etapach. Etap błotnisto-błotnisty z elementami raftingowymi.  Pojechałem na bardzo przyzwoitym poziomie, ku mojemu zaskoczeniu. Niestety zasyfił się pancerz od tylnej przerzutki i miałem ogromne problemy ze zmianą biegów, czyli Trophy rozpoczęte :)
częste kałuże na pierwszym etapie (autor: G&G Promotion)
 

DZIEŃ 2
Śniadanko i szybko do Czechów po pomoc, zrobili co trzeba. Vena spojrzał rzucił okiem na stan klocków i mówi "wymieniaj", ja na to że zmienię na Wielka racze bo tam będzie opór błota. Nie posłuchałem, zabrałem tylko zapas ze sobą, co mnie pokarało na 15km. Skończył się przedni hamulec, chociaż to tylny był bardziej zużyty, zapomniałem zabrać klucz do zdjęcia zawleczki (moje formule mają małego torx-a). Sporo osób chciało pomóc, ale nie dało rady, wiec kolejne 15km telepię się na tylnym hamulcu "z duszą na ramieniu", "z diabłem za kołnierzem", "z sercem w przełyku", a tak naprawdę zjazdy były z zamkniętymi oczami. Udało się dojechałem a tu Woody wita z bananem w ręku :) Serwisu nie ma!!! Pierwsza myśl: "o ku..!!! wycofka!!!" Patrzę... wjeżdża na bufet samochód serwisu. OCALONY!!!! Ruszam dalej i odrabiam straty, powolnie i mozolnie. Hamulec tylny na wykończeniu. Podliczając straciłem około 10-20min, ale sam sobie jestem winien.

"serwisu nie ma" (autor: Kasia R.)

DZIEŃ 3 
Pogoda super, aż za mocne słońce. Nastawiony na walkę ruszam i od razu atakuję, ale tracę sporo na zjazdach. Odrabiam na podjazdach i tam zyskuję przewagę. Na Racze wjeżdżam dość sprawnie... uwielbiam ten podjazd, czy to w deszczu czy w pełnym słońcu. Patrzę a tu Kaiser zjeżdża pod prąd, jeździ bez zapasowego haka, mógł zapytać pożyczyłbym :)  Na szczycie smarowanie łańcucha i chwila na podziwianie widoku i dalej w dół, ...ale jestem zmęczony nie trzymam się na trasie... bo gamoń zjeżdżał na zablokowanym widelcu. Dalej już łatwo i szybko, kilka sztywniejszych krótkich podjazdów i zjazdów. Na koniec coś co chyba tylko DaHowcom się podobało zjazd w błocie, koleinach na stoku narciarskim. Wynik na poziomie.



DZIEŃ 4
Etap przyjaźni? Gówno prawda! To nie jest wyścig dla lalusiów! Ile siły zostało, tyle lub więcej wyciskasz.
Na starcie wszyscy mi odjeżdżają, ale nie przejmuję się bo dopiero od Skrzycznego się jedzie, więc spokojnie odrabiam pozycje na kolejnych podjazdach. Na pierwszym podjeździe w głowie cyferki tylko pół minuty do odrobienia do Jacka Rządcy, jest w zasięgu... ale dalej wyjeżdżamy na zbocza Baraniej i Skrzycznego... Widoki zapierające dech na wszystkie góry i doliny, a te dalsze przykryte błękitnym obłoczkiem "bajka". Tak się pniemy od początku szutrówami w kierunku Skrzycznego, z daleka widać maszt i wydaje się że to już za kolejnym zakrętem, i za kolejnym, i za kolejnym... "cholera jak to daleko". Jest dojeżdżamy do podejścia na szczyt. Wędruję z Cinkiem i Jarkiem, dalej genialna szybka jazda grzbietem i potem kilka ciekawszych zjazdów. Z Cinkiem tniemy ostro, ja napędzam na zjazdach on na podjazdach. Ogromne dzięki za ostatni podjazd pod Zamek, tempo genialne, zgubiliśmy 3 osoby z peletonu. Zawodowy finisz :) Ja urywam się na ostatnim zjeździe. Koszulka na mecie.

 ES rozprowadza :) (autorka: Kasia R.)

Dla mnie nie koszulka jest najważniejsza, ale fakt że naprawdę świetnie się bawiłem i pojechałem na miarę swoich możliwości, na żadnym etapie nie zdychałem, jedynie defekt drugiego dnia trochę popsuł wynik końcowy, ale takie rzeczy się zdarzają i będą zdarzać. To przecież nie jest mazowiecka wycieczka, a 4 dniowa wyrypa po najbardziej wymagających szlakach. Za rok oczywiście będę :)
WIELKIE DZIĘKI ZA WSPARCIE EKIPY BYŁYCH EST-ÓW i nietylko
DZIĘKI DLA WSZYSTKICH RYWALI NA TRASIE



Wyniki:
Etap 1 "Wielki Stożek" 40km / 1800m

03:03:16     55 / 27 M2

Etap 2 "Klimczok" 68km / 2600m
05:06:31    88 / 34 M2

Etap 3 "Wielka racza" 74km / 2750m
05:25:37    56 / 27 M2

Etap 4 "Skrzyczne" 55km / 2050m
03:46:40    55 / 25 M2

generalka:
17:22:05    59 / 28 M2

Komentarze