Pierwsze górskie giga - MTB Marathon. Karpacz

SUZUKI POWERADE MTB Marathon. Karpacz 01.05.2010.

Kawał dobrego ścigania.

Impreza udana. Wszyscy cało i zdrowo dotarli do mety, już poważnego maratonu w „prawdziwych” górach.
A co najważniejsze- zadowoleni.
Nie będę ukrywać- ja bardzo, J))))).
Udało mi się, chociażby dla satysfakcji, odrobić straty po Dolsku, kiedy twarz spowolniła jazdę. Szło naprawdę dobrze. Jednak wypad Wielkanocny bardzo dużo pomógł. Teraz podjazdy i długie trasy to „pikuś”- oczywiście w granicach „pikusia”, ;).
Bo jeszcze nas może duzzzo zaskoczyć. A takie trasy są najlepsze. Pełne niespodzianek i wymagające.
Nie wspomniałam – widoczki ze szczytami pokrytymi śniegiem – ładniutkie.
Zabawa przednia, trasa super. Przejezdna, mało błotna, zjazdy pozwalały sprawdzić się technicznie ale także była możliwość sprawdzenia - ile fabryka dała. Poza tym trasa nowa, zmodyfikowana więc same niespodzianki. Może słońce nie rozpieszczało, ale pogoda do „walki” idealna. Nie gorąco, nie zimno. Perfecto. 7 bufetów także powodowało komfort planowania jazdy i szybkie uzupełnianie braków. Grzechu idealnie zorganizowała majowy start.
Sama wycieczka dojazdowa do Karpacza była, oczywiście z przygodami, bo jak by inaczej. Mała, ok. 160 km dodatkowa pętelka, jak przystało na gigowców, skróciła nam ciu noc, ale nie było tak złe.
Miejscówka – Ścięgny polecamy. Na start pod górkę, lekko, na rozgrzewkę, z mery na dół dla rozjazdu, a co najważniejsze dla wytrawnych i wytrwałych – obok Western City i napoje chmielowe, J.
Podsumowując – niech żałuje ten kto nie był.

Pzdr
Cienka


...czyli "Golonko po gorsku"

Zacznę chronologicznie (Iza zaczyna od środka). Sam dojazd do Karpacza zajął nam około 9 godzin + a niektórzy w samochodzie spędzili ponad 12h. Dystans dojazdu wyszedł około 650km, bo w tym było zbieranie "dziewczyn z okolic" i górska wycieczka krajoznawcza, która u Izy spowodowała stres i chorobę lokomocyjną. Koło północy nareszcie byliśmy na kwaterze i po 15 minutach była już cisza.

Pogoda od rana nieciekawa, w nocy padało a nad ranem kropiło... ale pojawiły się pierwsze błyski słońca i temperatura też w miarę wysoka, czyli "jazda na krótko" (innego nie przewidziałem). na start było około 3km pod górę, czyli z mety z górki :D Przed startem spotkania znajomych, pogaduchy ze sponsorem i rozgrzewka (jazda testowa) na fullu :) A na starcie jakby mniej osób niż przed rokiem (złudzenie, bo w sumie było podobnie).

START. Poszli... Dawid narzucił tempo od razu, Kamiś obok mnie, pokazują się znajomi i TORQ-i, trzymam się Dawida, żeby mi nie uciekł, ale odpuszcza, łapię się kolejnych szybszych w tym młodego Torqa (Tomka) i kolejnych, Kamiś szarpnął i zaczyna się teren, a sam podjazd pod Wanka jakby dwa razy krótszy niż przed rokiem, chyba coś skrócili ??? Od początku jadę swoim tempem bez żadnych szaleństw, znajduje się tuz za pierwszą 50-ką, łapię kolejnych zawodników z TORQ SUPERIOR MTB Team, jadę za Gerardem, (w głowie: "nie możliwe żebym był tak mocny"), kolejni zawodnicy puchną a ja nadal utrzymuję tempo... zostaję sam, tylko czasami w zasięgu wzroku miga jedna, dwie koszulki, zachwycam się trasą (praktycznie cała do przejechania w siodle!!!) Coraz ciekawsze kolejne techniczne odcinki.. dojerzdżam zawodników to mi uciekają, ale cały czas te same koszulki. JEST zjazd do szklarki (jedna myśl: "jak to zjadę, to na pewno ukończę). Ten zjazd śnił mi się wiele razy, bo tam zerwałem przerzutkę i rozwaliłem koło w zeszłym roku. Całkiem sprawnie pokonany i teraz świetny odcinek wzdłuż skarpy... na półmetku jestem 50. Jadę dalej, kolejne bufety...a było ich aż 7, nadal sam i łączymy się z dystansem mega, nie martwię się bo póki co szeroko. Spokojnie wyprzedzam i patrzę koszulka TORQ SUPERIOR, Kamila na podjeździe, spokojnie dojeżdżam i zagaduję, sprytna dziewczyna chciała ustąpić miejsca i się położyła :) Dojeżdżam do Chomontowej, patrzę przed siebie a tam piękny wężyk ułożony z kolarzy, przełączam się na tryb "frozen", zaczynam sobie nucić, co musi wytrącać z równowagi wyprzedzanych :)
Z profilu wychodziło że Chomontowa kończy się około 72km i dalej tylko w dół... za chwilę bufet, krzyczę z daleka ile do mety? 10km, hmm no to jeszcze muszę zrobić postój, bo rezerwa w bidonach. Okazuje się że jeszcze kilka podjazdów jest, jeden nawet charakterny, dopiero około 78km zaczynają się zjazdy, ale ile do mety? Zjazd, zjazd, na liczniku 80km, to zaczynam finish i szaleństwo na zjazdach goni mnie jeden gigowiec, wyprzedzam jednego i kilku lepszych megowców, nie wytrzymują tempa na ostatnim zjeździe, wiem, że będzie jeszcze krótki podjazd na stadion, oglądam się, czy ktoś podejmuje walkę? Ktoś szarpnął i stara się  dojechać do koła, ale ostatni "frozen", "bezteln", "pop-lock", "ogień" i inne hasała w głowie... nie obracam się, już tylko liczenie metrów do bramy stadionu, odblokowanie widelca i wjazd "na ostro".
Wynik prawie 80%, jak na góry rewelacja, na tle konkurencji też super, ale kilka targetów jeszcze po za zasięgiem (ale już nie długo) i przekonałem się do żeli


Wieczorem miał być napad na bank w Western City, ale załapaliśmy się tylko na piwo z konkurencją :)
W niedzielę powrót przez starówkę we Wrocławiu. 

 pozdrawiam,
es 

wyniki:
GIGA:
Kamil     04:56:24    47 open |  22 M2
Iza         06:05:57      4 open |    3 K3

MEGA:
Tomek   05:02:03   556 open | 188 M3

Komentarze

Prześlij komentarz